Sporty prawie ekstremalne

Jeszcze 30 lat temu liczba dyscyplin sportowych, jakie można było uprawiać w Polsce była bardzo ograniczona w porównaniu do szerokiego wachlarza dostępnego w dzisiejszych czasach. Windsurfing na przykład mogliśmy oglądać tylko na ekranie czarnobiałego telewizora, podobnie zresztą jak squash czy paintball. Najnowocześniejsze sporty typu kitesurfing w ogóle były jeszcze nieznane, podczas gry techniki niektórych tradycyjnych dyscyplin, takich jak jazda na nartach, wyglądały nieco inaczej, niż obecnie.

Wszystko to nie oznacza oczywiście, że w czasach PRL-u do wyboru pozostawało bieganie, gra w ping-ponga lub pływanie w zimnej i niebezpiecznej rzece. Możliwości było wiele i w niektórych przypadkach sport był bardziej dostępny dla zwykłego zjadacza chleba, niż ma to miejsce w dzisiejszych czasach. Wszelkiego rodzaju baseny, sale treningowe i boiska oraz opieka odpowiednich trenerów i instruktorów była w dużej mierze finansowana przez państwo i korzystanie z nich nie stanowiło znaczącego obciążenia finansowego dla obywateli. Obiektów sportowych było znacznie więcej i znacznie prężniej działały. Ktokolwiek chciał (i potrafił) mógł bez problemu przelecieć szybowcem z aeroklubu w Warszawie do Białegostoku, by tam zostawić szybowiec i powrócić do domu pociągiem. Szybowiec był zwracany Warszawie kiedy tylko znalazł się ktoś, kto chciał odbyć podróż w przeciwną stronę. Teraz nie jest to możliwe – każdy aeroklub jest oddzielną instytucją i załatwianie miliona formalności skutecznie zraża wielu miłośników latania bez silnika do lądowania w miejscu innym, niż się wystartowało.

W każdym razie na wakacjach można spróbować teraz sportów wodnych, które nie były dostępne dla naszych rodziców. Oprócz tradycyjnych dyscyplin, takich jak wymiotowanie szpinakiem za burtę wodolotu przy silnym wietrze tak, aby zabrudzić ten głupi kapelusz wrednej francy z naprzeciwka oraz szukanie salcesonu dla ciężarnej żony we wszystkich mięsnych wczasowego kurortu pojawiły się inne zajęcia.
Przeważnie polegają one na utrzymywaniu się na spadochronie, kole ratunkowym, dmuchanym bananie lub podobnej pływającej rzeczy ciągniętej przez motorówkę. Oczywiście można spierać się, czy aktywności te są rzeczywiście sportami – dla uproszczenia jednak tak właśnie je nazwijmy.

Próbowałem już banana i dmuchanego koła. Banan jest większy i łatwiej się na nim utrzymać, choć mocno podrzuca do góry na falach. Dmuchane koło znacznie bardziej zarzuca na boki i znacznie też mocniej trzeba się starać, aby nie wypaść.

Doszedłem do wniosku, że obrażenia, które ponosi każdy śmiałek, który odważy się spróbować tego rodzaju aktywności wynikają najczęściej z trzeźwości organizmu. Znacznie lepiej jest napić się przed każdym bananem czy kołem na odwagę oraz po to, aby rozluźnić mięśnie. Oczywiście nie za dużo ;)

Tagi: , , , , , ,