Janusz Korwin Mikke atakuje ponownie

1 września 2010

Jeden z niewielu ciekawych polskich polityków Janusz Korwin Mikke, określany dla niepoznaki przez media jako JKM (nie mylić z Jego Królewską Mością), uczcił wieńcem rocznicę wejścia polskich wojsk do Moskwy i uznania Władysława IV Wazy carem Rosji (27 VIII 1610). Na skutek nieszczęśliwych splotów okoliczności Władysław IV nigdy nie włożył ostatecznie carskiej korony, ale tytuł rosyjskiego cara piastował do 1634. Przypomina to nieco sytuację Andrzeja Gołoty, który ocierał się ciągle o bokserskie mistrzostwo świata w wadze ciężkiej jak głodny osiedlowy kot o pokrywę śmietnika i mistrzem tym jednak nigdy nie został. W każdym razie zwycięstwo polskiego oręża i dyplomacji nad złymi i zdradzieckimi Moskalami 400 lat temu nie podlega dzisiaj dyskusji. I to właśnie zwycięstwo chciał uczcić JKM. Niestety był chyba jedynym Polakiem, który o tym pamiętał.

Władysław IV Waza

Władysław IV Waza

Janusz Korwin Mikke złożył wieniec pod Kolumną Zygmunta w Warszawie mówiąc przy tym: „Polska powinna świętować tych, którzy zwyciężają, nie tych, co przegrywają. Musimy stać po stronie zwycięzców, a nie hołubić zasadę „niech żyją pokonani”. Gloria victis – Polacy mają zwyciężać, a nie tylko opłakiwać tych, którzy przegrali.”

Prezes Wolności i Praworządności ma, według mnie, dużo racji. W końcu utarło się, że huczniej obchodzimy rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, które ostatecznie przyniosło tylko klęskę i rozpacz niż rocznicę największego zwycięstwa Polaków w XX w. – Bitwy Warszawskiej, czy właśnie zdobycia Moskwy. Dlaczego tak się dzieje? Może Polacy są narodem skrajnych pesymistów-masochistów, którzy lubią zaczepiać silniejszych od siebie, by później rozpamiętywać ból i rany? Może najnowsza historia, która przecież zawsze interesuje nas bardziej niż echo dawno przebrzmiałych wydarzeń, nie rozpieszcza nas okazjami do podziwiania naszych spektakularnych zwycięstw? A może stłamszony przez pół wieku sowietyzacji naród przyzwyczaił się już, że cudowne zwycięstwo nad potęgą bolszewików jest znacznie mniej istotne dla naszych dziejów, niż tragedia powstania w Warszawie? O którym zresztą ciągle mówi się: „przegraliśmy z hitlerowcami”, rzadko tylko wspominając o dobrym wujku Stalinie, dzięki którego wyrachowaniu powstanie zostało okupione tak wielką liczbą ofiar i kompletnym zniszczeniem stolicy.

Wiceminister daje popis

26 sierpnia 2010

Ciekawy artykuł widnieje już od tygodnia na nieco szmatławym portalu sfora.biz. Ostrzega nas przed czekającymi nas podwyżkami, czego zapewne zresztą każdy ma świadomość. Artykuł sam w sobie nie mówi zatem niczego odkrywczego, ciekawe są tylko wypowiedzi Ludwika Koteckiego z Ministerstwa Finansów, który próbował między innymi wytłumaczyć dziennikarzom „Wyborczej”, że podwyżki dotkną tylko towarów nieżywnościowych. A zatem – co nie jest powiedziane wprost – tych najpotrzebniejszych. Ważne jest przecież, żeby zjeść i wypić, a nie mieszkać gdzieś czy ubierać się w coś.

Gdyby jednak trzymać Pana Koteckiego za słowo mogłoby szybko okazać się, że nie tylko nie mamy wróbla w garści, ale także i gołąb uleciał z dachu, pozostawiając po sobie dostojnie spływające ekskrementy. Podwyżka cen WSZYSTKICH towarów jest nieunikniona ze względu na zależności pomiędzy poszczególnymi gałęziami gospodarki. Chleb i masło nie robi się samo – do wyprodukowania tych towarów potrzebny jest transport i inne usługi.

Kolejnym zupełnie niezrozumiałym dla mnie wnioskiem jest „Podwyżka VAT o 1 proc. zlikwiduje też „magiczne” progi cen, i produkty już nie będa mogły kosztować 0,99, 1,99 czy 2,49 zł. Na nich bazują duże korporacje.”. Co ma piernik do wiatraka? Co ma podatek VAT do dowolnie wszak ustalanych przez hipermarkety cen? Po zwiększeniu VAT-u hipermarkety mogą obniżyć nieco cenę netto (i tym samym swoją marżę) pozostawiając starą cenę brutto, czyż nie tak? Nie wmówicie nam, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Nie wmówicie nam, że misternie przygotowywane przez socjologów metody zwiększania sprzedaży, polegające na wizualnym zmniejszaniu cen przestaną nagle obowiązywać.

I na koniec deser: „Gdyby mi nie starczało do pierwszego brałbym drugi, trzeci, dziesiąty etat, by podnieść swoje dochody”. Tutaj już naprawdę można zaszaleć. Z niefortunnego sformułowania można domyśleć się, że jeśli Pan Kotecki będzie w finansowej potrzebie, bo akurat będzie budował nowy dom niedaleko Pałacu Kultury, kumple z partii „PO-grom” natychmiast postarają się dla niego o dodatkowy etat. Lub dwa, trzy, albo dziesięć. Stanowisko i obowiązki są nieważne, Pan Kotecki i tak nie będzie podpisywał listy zakładowej – ważne są dobre chęci i comiesięczna wypłata.

Okrywanie białych kart przyszłości

23 sierpnia 2010

Przepowiadanie przyszłości od lat fascynuje coraz to nowe pokolenia mieszkańców naszego globu. W dziejach cywilizacji możemy znaleźć wielu bardziej lub mniej słynnych jasnowidzów, których prognozy mają zazwyczaj jedną wspólną cechę: są na tyle zawikłane i niejasne, że można je bez problemu odnieść do wielu przyszłych wydarzeń. Najczęściej wspomina się też tylko o „potwierdzonych” przepowiedniach pomijając daleko liczniejsze prognozy, które nigdy nie sprawdziły się. Tak więc przeżyliśmy już wiele końców świata, kryzysów wiary i jedynych uzdrowicieli polskiej polityki. Mimo tego jednak nasz nieposłuszny świat kręci się ciągle dalej, ludzie wciąż chodzą do kościoła, zaś polska polityka niezmiennie umazana jest pewną ciemnobrązową, nieprzyjemnie pachnącą substancją.

Na przepowiadaniu przyszłości można sporo zarobić i oprócz oczywistych korzyści materialnych można także wyciągnąć inne, bardziej życiowe. Któż nie chciałby przewidzieć niespodziewanej wizyty ciotki tak, aby móc uprzedzić ją i ulotnić się wcześniej z domu? Bądź wiedzieć, na której „polskiej autostradzie” pobliski zakład wulkanizacyjny wysypie za chwilę gwoździe i – zamiast jechać nią samemu – skierować na nią kolegę?

Marzenia marzeniami, a w znalezionym dzisiaj artykule mamy do czynienia z prawdziwym jasnowidzem. Gerald Celente jest specjalistą od przepowiadania wydarzeń, które mają odbyć się w bliżej nieokreślonym czasie. Tym razem zajął się przewidzeniem upadku USA. Nie podaje jednak dokładnej daty, nie określa kiedy nastanie upadek i po czym będzie można go poznać. Przywodzi mi na myśl przepowiadanie przyszłości człowieka, który pracuje w fabryce przetworów owocowych i zajmuje się obieraniem bananów ze skórek: „upadniesz. Może nie dziś. Może nie jutro. Ale z pewnością upadniesz”.

Gerald Celente nie mówi niczego odkrywczego. Historia dziejów uczy, że każde bez wyjątku imperium miało swój okres wzrostu, stagnacji i upadku. Nietrudno jest prorokować, że Stany Zjednoczone podzielą los starożytnej Grecji, Rzymu, Egiptu, imperiów Majów, Azteków i Inków, III Rzeszy oraz wielu innych państw i cywilizacji. Trudno jest jedynie określić kiedy to się stanie – ale tego pan Celente już nie zdradza. Być może jednak, jeśli będziemy świadkami rzeczywistego stoczenia się USA, Gerald Celente z triumfem wykrzyknie: „A nie mówiłem?” i pokaże światu archiwalną kasetę VHS z 1988 roku z naklejonym napisem „Przepowiednia nr. 274069″. Na której będzie wspominał o awarii samolotu, który wzbił się za wysoko.

Krzysztof Rybiński o podatkach

19 sierpnia 2010

Już dość dawno temu na onecie pojawił się kolejny artykuł podsumowujący czekające nas zmiany podatkowe, napisany przez niejakiego (niekoniecznie nijakiego) Krzysztofa Rybińskiego. Ponieważ ze znanych postaci kojarzę tylko Sylwestra Stallone i Arnolda Schwartzeneggera, sprawdziłem w wikipedii, któż to zacz. Pan Krzysztof jest doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych i byłym wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego. Przekładając to na prosty polski język – dobrze się już nachapał. Mimo tego jednak, że był wiceprezesem, a obecnie jest kierownikiem/dyrektorem Ernst&Young i Bóg wie kim jeszcze, jego słowa brzmią całkiem sensownie.

Pan Krzysztof jest zdania, że cud Donalda Tuska polegający na zwiększaniu naszego potencjału gospodarczego przez podniesienie podatku VAT przypomina „podanie choremu na raka pyralginy, żeby ograniczyć ból”. Ostrzega także, że ponoszenie podatku prawdopodobnie nie zakończy się na jednym punkcie procentowym i wkrótce VAT osiągnie 25%. Jeśli tak się stanie, Donald Tusk może mieć nadzieje na zdetronizowanie Leszka Millera na stanowisku „najbardziej nielubiany polski premier wszechczasów”.

Spodziewałem się, że w biografii Pana Krzysztofa znajdę umieszczony gdzieś na marginesie niepozorny skrót PIS, oznaczający przynależność doktora do tego ugrupowania. Nic takiego jednak nie dostrzegłem, wnioskuję zatem, że jest on bezpartyjny i obiektywny (?).

Proponowałbym nie tworzyć już z Polski drugiej Japonii z uwagi na to, że ostatnio to Chińczycy osiągnęli wyższe od Japończyków PKB i tym samym są, po Stanach Zjednoczonych, najpotężniejszą gospodarką świata. Lepiej budujmy drugie Chiny – i na miejscu rządu zacząłbym od przemalowania obywateli na żółto.

Chińczycy

Chińczycy

Gra – znajdź cytat polityka

17 sierpnia 2010

Przygotowałem mały konkurs dla wytrwałych czytelników. Przed Wami krótka, wymyślona historyjka zawierająca fragmenty wypowiedzi najbardziej popularnych polskich polityków. Kto znajdzie największą liczbę cytatów i poda autora każdej ze znalezionych fraz? A sprawa jest niełatwa, cytaty nie są niestety bardzo znane przeciętnemu zjadaczowi chleba. Sam musiałem podpierać się stroną http://pl.wikiquote.org. Autentycznych zwrotów jest kilkanaście.

Pewnego razu w pewnej małej, oblanej leniwymi promieniami sierpniowego słońca wioseczce gdzieś na wschodzie Polski spotkało się trzech miłośników narodowych tradycji i zarazem koneserów miejscowych wyrobów alkoholowych. Siedzieli sobie, jak co dzień, na ławeczce pod drewnianym domkiem jednego z nich, pochylonym już nieco z jednej strony przez nieubłagany ząb czasu. Wszyscy ubrani byli bardzo podobnie: w szare, podniszczone marynarki z brązowymi łatami na łokciach, płócienne spodnie wyprasowane niegdyś w ostry kancik, którego resztki zdradzało czasem nagłe poruszenie ugryzioną przez muchę gówniarkę nogą, oraz proste wiejskie sandały na brudnych, pokrytych czymś przypominającym rybie łuski stopach. Imiona bohaterów brzmiały odpowiednio: Siergiej, Krzychu i Rychu.
- Gorąco – zachrypiał najstarszy Krzychu, którego tłuste gardło poruszało się w rytm wypowiadanych słów jak indycze wole – zdałoby się schłodzić cokowiek. Skocz no do piwniczki, została tam jedna butelka jeszcze z chrzcin Andrzeja – zwrócił się do siedzącego po swej prawej stronie Siergieja. Jemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i wślizgnął się zręcznie jak wąż w wąskie drzwiczki sutereny. Po chwili wrócił z wymalowanym na twarzy smutkiem i rozczarowaniem.
- Nie ma! Naprawdę nie ma!
- Jak to nie ma?! – krzyknął piskliwym głosem milczący dotąd Rychu – jak Krzych powiedział, to musi to być prawda! – zerwał się z ławki przewracając wiadro, z którego wylała się żółta ciecz.
- Spokojnie – powstrzymał krewkiego kolegę Krzychu – Już nie róbcie z mojego każdego zdania obietnicy. Może wypiłem wczoraj, nie pamiętam już. Wszystko przez to masło, którym karmi mnie stara. Czysty chore… cholestelol! Masz tutaj pieniądze – pogrzebał chwilę w kieszeni i wyciągnął pokrytą siwiejącymi włosami rękę do Siergieja – i skocz do GieeSu.
- Spieprzaj dziadu! – wykrzyknął z oburzeniem Siergiej – nie jestem twoim chłopcem do skakania.
Krzychu był człowiekiem, który potrafił wzbudzić respekt. Spojrzał w milczeniu na Siergieja, ten zaś po chwili skulił się, wziął pieniądze i poszedł.
- Nie ma już ułańskiej Polski, kurwa jego mać – zaklął Rychu – młodzież nie dość, że niewychowana, to jeszcze postawić się nie umie, kiedy już trzeba. I jeszcze ci Ruscy! Ruski agencie, załatwimy cię! – krzyknął za Siergiejem.
- Ja jestem dzieckiem PeGeeRu i nie wstydzę się tego – zaprotestował Krzychu – warto być Polakiem.
- Moje córki chcą do szkoły, do miasta – ciągnął Rychu – ale nie puszczę szczeniaków na zatracenie. Żeby mnie tutaj na językach później we wiosce nosili. Na gospodarce nie ma kto robić, a te głodówkę sobie urządzają – wczoraj kolacji nie zjadły. W proteście! Kijem pokazałem im, gdzie mam ten protest, gówniarom.
- Głodówka to nie jest niezjedzenie kolacji – błyskotliwie zauważył Krzychu – Jak będą w stanie głodu przez, dajmy na to, trzy dni czy dwa choćby, to wtedy będzie można mówić o głodówce. Na razie nie zjadły kolacji. To nikomu jeszcze nie zaszkodziło – poklepał się po wielkim, zwisającym brzuchu.
- Panie prezesie, melduję wykonanie zadania! – przerwał pogawędkę Sieriej, który jak duch pojawił się nie wiadomo skąd. Z dumą ściskał pod pachą butelkę denaturatu.
- Dawaj, co tam masz! – zawołał rozchmurzony już Rychu.
Po kilku pokrzepiających łykach świat stał się lepszy i przyjaźniejszy.
- Seks, nie twierdzę, że jest nieistotny, natomiast nie jest esencją życia – rozmarzonym głosem powiedział Siergiej patrząc na w połowie opróżnioną butelkę.
- Różne rzeczy mi się śnią, ale wstydzę się mówić o tym publicznie – spojrzał na niego z oburzeniem Krzychu.
W tym momencie z pobliskiego budynku gospodarczego zwanego przez gospodarza (i tylko jego samego) stajnią wyszły, kuśtykając nieco, dwie nastolatki. Ubrane w czerwoną i niebieską sukienkę nosiły białe, nieco krzywo przyczepione wstążki w długich, przyprószonych sianem włosach.
- Tatku, a nie będziecie się już gniewali? – nieśmiało zapytała Rycha jedna z nich.
- Wiecie już, że żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne? – zapytał Rychu patrząc na kompanów.
- Tak tatku, będziemy już grzeczne! – odpowiedziały dziewczynki, po czym starsza z nich ubrana w czerwoną sukienkę zwróciła się do Siergieja – a dlaczego pan ma taki ciemny nos?
Siergiej wymamrotał coś pod nosem. Nie były to uprzejme słowa.
- Mama zawsze mówi, że z panem nie warto jest rozmawiać, bo pan jest wykoje… wykolejeniec i pijak! – dodała jeszcze ośmielona nieco dziewczynka.
Tym razem Siergiej zaklął tak, że wszyscy już go usłyszeli.
- Daj spokój – zmitygował go Rychu – to tylko dzieci. Chcą cię o coś zapytać.
Siergiej po chwili nieco uspokoił się.
- Dobrze. Jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym – zachęcił milczącą dotąd dziewczynkę w niebieskiej sukience, która uciekła wzrokiem, spłoszona.
- Wujku, dlaczego wszyscy mówią na ciebie „ten śmierdzący Ruski”? – zapytała wreszcie i zamknęła sobie usta ręką.
Tego dnia Siergiej został znanym człowiekiem. Pokazywali go w wieczornych wiadomościach. I to w głównym wydaniu.