Przygotowałem mały konkurs dla wytrwałych czytelników. Przed Wami krótka, wymyślona historyjka zawierająca fragmenty wypowiedzi najbardziej popularnych polskich polityków. Kto znajdzie największą liczbę cytatów i poda autora każdej ze znalezionych fraz? A sprawa jest niełatwa, cytaty nie są niestety bardzo znane przeciętnemu zjadaczowi chleba. Sam musiałem podpierać się stroną http://pl.wikiquote.org. Autentycznych zwrotów jest kilkanaście.
Pewnego razu w pewnej małej, oblanej leniwymi promieniami sierpniowego słońca wioseczce gdzieś na wschodzie Polski spotkało się trzech miłośników narodowych tradycji i zarazem koneserów miejscowych wyrobów alkoholowych. Siedzieli sobie, jak co dzień, na ławeczce pod drewnianym domkiem jednego z nich, pochylonym już nieco z jednej strony przez nieubłagany ząb czasu. Wszyscy ubrani byli bardzo podobnie: w szare, podniszczone marynarki z brązowymi łatami na łokciach, płócienne spodnie wyprasowane niegdyś w ostry kancik, którego resztki zdradzało czasem nagłe poruszenie ugryzioną przez muchę gówniarkę nogą, oraz proste wiejskie sandały na brudnych, pokrytych czymś przypominającym rybie łuski stopach. Imiona bohaterów brzmiały odpowiednio: Siergiej, Krzychu i Rychu.
- Gorąco – zachrypiał najstarszy Krzychu, którego tłuste gardło poruszało się w rytm wypowiadanych słów jak indycze wole – zdałoby się schłodzić cokowiek. Skocz no do piwniczki, została tam jedna butelka jeszcze z chrzcin Andrzeja – zwrócił się do siedzącego po swej prawej stronie Siergieja. Jemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i wślizgnął się zręcznie jak wąż w wąskie drzwiczki sutereny. Po chwili wrócił z wymalowanym na twarzy smutkiem i rozczarowaniem.
- Nie ma! Naprawdę nie ma!
- Jak to nie ma?! – krzyknął piskliwym głosem milczący dotąd Rychu – jak Krzych powiedział, to musi to być prawda! – zerwał się z ławki przewracając wiadro, z którego wylała się żółta ciecz.
- Spokojnie – powstrzymał krewkiego kolegę Krzychu – Już nie róbcie z mojego każdego zdania obietnicy. Może wypiłem wczoraj, nie pamiętam już. Wszystko przez to masło, którym karmi mnie stara. Czysty chore… cholestelol! Masz tutaj pieniądze – pogrzebał chwilę w kieszeni i wyciągnął pokrytą siwiejącymi włosami rękę do Siergieja – i skocz do GieeSu.
- Spieprzaj dziadu! – wykrzyknął z oburzeniem Siergiej – nie jestem twoim chłopcem do skakania.
Krzychu był człowiekiem, który potrafił wzbudzić respekt. Spojrzał w milczeniu na Siergieja, ten zaś po chwili skulił się, wziął pieniądze i poszedł.
- Nie ma już ułańskiej Polski, kurwa jego mać – zaklął Rychu – młodzież nie dość, że niewychowana, to jeszcze postawić się nie umie, kiedy już trzeba. I jeszcze ci Ruscy! Ruski agencie, załatwimy cię! – krzyknął za Siergiejem.
- Ja jestem dzieckiem PeGeeRu i nie wstydzę się tego – zaprotestował Krzychu – warto być Polakiem.
- Moje córki chcą do szkoły, do miasta – ciągnął Rychu – ale nie puszczę szczeniaków na zatracenie. Żeby mnie tutaj na językach później we wiosce nosili. Na gospodarce nie ma kto robić, a te głodówkę sobie urządzają – wczoraj kolacji nie zjadły. W proteście! Kijem pokazałem im, gdzie mam ten protest, gówniarom.
- Głodówka to nie jest niezjedzenie kolacji – błyskotliwie zauważył Krzychu – Jak będą w stanie głodu przez, dajmy na to, trzy dni czy dwa choćby, to wtedy będzie można mówić o głodówce. Na razie nie zjadły kolacji. To nikomu jeszcze nie zaszkodziło – poklepał się po wielkim, zwisającym brzuchu.
- Panie prezesie, melduję wykonanie zadania! – przerwał pogawędkę Sieriej, który jak duch pojawił się nie wiadomo skąd. Z dumą ściskał pod pachą butelkę denaturatu.
- Dawaj, co tam masz! – zawołał rozchmurzony już Rychu.
Po kilku pokrzepiających łykach świat stał się lepszy i przyjaźniejszy.
- Seks, nie twierdzę, że jest nieistotny, natomiast nie jest esencją życia – rozmarzonym głosem powiedział Siergiej patrząc na w połowie opróżnioną butelkę.
- Różne rzeczy mi się śnią, ale wstydzę się mówić o tym publicznie – spojrzał na niego z oburzeniem Krzychu.
W tym momencie z pobliskiego budynku gospodarczego zwanego przez gospodarza (i tylko jego samego) stajnią wyszły, kuśtykając nieco, dwie nastolatki. Ubrane w czerwoną i niebieską sukienkę nosiły białe, nieco krzywo przyczepione wstążki w długich, przyprószonych sianem włosach.
- Tatku, a nie będziecie się już gniewali? – nieśmiało zapytała Rycha jedna z nich.
- Wiecie już, że żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne? – zapytał Rychu patrząc na kompanów.
- Tak tatku, będziemy już grzeczne! – odpowiedziały dziewczynki, po czym starsza z nich ubrana w czerwoną sukienkę zwróciła się do Siergieja – a dlaczego pan ma taki ciemny nos?
Siergiej wymamrotał coś pod nosem. Nie były to uprzejme słowa.
- Mama zawsze mówi, że z panem nie warto jest rozmawiać, bo pan jest wykoje… wykolejeniec i pijak! – dodała jeszcze ośmielona nieco dziewczynka.
Tym razem Siergiej zaklął tak, że wszyscy już go usłyszeli.
- Daj spokój – zmitygował go Rychu – to tylko dzieci. Chcą cię o coś zapytać.
Siergiej po chwili nieco uspokoił się.
- Dobrze. Jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym – zachęcił milczącą dotąd dziewczynkę w niebieskiej sukience, która uciekła wzrokiem, spłoszona.
- Wujku, dlaczego wszyscy mówią na ciebie „ten śmierdzący Ruski”? – zapytała wreszcie i zamknęła sobie usta ręką.
Tego dnia Siergiej został znanym człowiekiem. Pokazywali go w wieczornych wiadomościach. I to w głównym wydaniu.